mięciutka jak kaczuszka - niedziela, 25 grudnia 2005 15:15:07
prawdopodobnie nic nie uległo zmianie.
pan władzio spod czwórki nadal roztacza odór alkoholika.
paranoik spod piątki wciąż omija mnie łukiem tak szerokim, jak tylko pozwala na to kwadratura klatki.
butelki po starogardzkiej zdobią parapety.
a policjanci o północy biegną za dresami, których nigdy nie potrafią dogonić.

ale (uwaga, majstersztyk wszechczasów) i tak jest fajnie.

zasadniczo to ja się uzależniłam od czekolady, bo nie dość, że ją pochłaniam kilogramami, to jeszcze piję. i się w niej kąpię, niezmiernie uradowana posiadaniem suity czajkowskiego z jeziora łabędziego.

lalalalalalalalala bailar.
komentarze [4]

he liked me - oh, he liked me. - sobota, 17 grudnia 2005 14:33:48
cóż - jednak mój upór nie jest do końca bezsensowny; decyzja nie-do-zaakceptowania okazuje się byc tą moją pierwszą-dobrą.

znaczy się - wymiatam.

teraz będziemy gadać, zagadywać to,
teraz będziemy oddawać się różnym
zajęciom we władanie, teraz się bedziemy
poruszać szybko, jeździć tramwajami
do
upadłego.


ewentualnie grać i tańczyć, albo szyć, albo śpiewać, w każdym bądź razie muzyka wszechobecną jest, tak samo jak czekolada.
i kaczuszki.

i luz. chociaż to trochę śmieszne uczucie, kiedy rozmawia się z obcą kobietą prawie w wieku babci o rzeczach, o których nie rozmawia się z nikim z własnej rodziny.

a skoro pada śnieg, to pewnie już trzeba żyć po świątecznemu i się cieszyć, ale chuj. jebać święta.
cuda są wewnątrz.
komentarze [4]

icaro - sobota, 10 grudnia 2005 12:08:49
okazało się, że zgubiłam gdzieś dziewięć lat życia.

głos nie przebija się ani przez ochronnie zamknięte drzwi, ani przez szum puszczonej w obronie wody, ani przez barierę myśli.
taka wybiórcza percepcja, bo mi się w autobusie otworzyło coś w mózgu, co pozwala myśleć, że nie muszę nosić żałoby po samej sobie, bo nie ma powodu.

i tak poza tym, to jesteśmy śmiertelni, no nie.


taniec i gitara. szkoda, że głosu brak.


fajnie - jestem dziewięć lat do przodu.
komentarze [3]

Szklarnia - niedziela, 4 grudnia 2005 19:16:35
metal zamarzający w glanach i czekanie na chuj-wie-jaki transport.

podjeżdża ford dla siedmiu osób.
towarowy, rzecz jasna.
z nami (nielegalnymi) jedzie wiatrówka, sanki i wielkie, okrągłe lizaki, przez które milkniemy na pół godziny.

budynek jedyny w promieniu chuj-wie-ilu kilometrów. brak wody, prądu i gazu. poza tym nawet nieźle urządzony.

w międzyczasie:
panna młoda - samobójczyni, szukająca magicznego krzyża
pandicao
strzelanie do butelek
chodzenie po bieżący śnieg.

mimo, że jestem dzieckiem Lublina i cywilizacji, mimo, że czasami zajebiście jest się wyrwać stąd i zwykle tęskni się do powrotu, to ja dziś mówię

że to nie jest to miejsce, do którego chciałam wrócić.
tego miejsca dawno już nie nazywamy domem.

chuj, lubię was.

komentarze [4]


księga
pisz||patrz

linki


archiwum
2005
maj (4)
czerwiec (4)
lipiec (3)
sierpien (4)
wrzesień (5)
październik (4)
listopad (5)
grudzień (4)

2006
styczeń (5)
luty (3)
marzec (4)
maj (3)
czerwiec (4)
lipiec (2)
sierpien (3)
wrzesień (2)
październik (1)
listopad (2)
grudzień (2)

2007
styczeń (6)
luty (3)
marzec (2)
kwiecień (2)
maj (2)
czerwiec (1)
lipiec (2)
sierpien (2)
październik (1)
listopad (1)
grudzień (1)

2008
styczeń (1)
luty (2)
marzec (1)
kwiecień (1)
maj (2)
czerwiec (2)
lipiec (1)
sierpien (1)
wrzesień (1)
październik (1)

2009
styczeń (1)



sln